Pochwała pierogów

Smacznego!
Smacznego! Let's Meet For Lunch
Amerykańska Polonia rozprotestowała się ostatnio na całego. Najpierw działaczy oburzył artykuł z New York Times’a, którego autorzy napisali, że „Blaszany bębenek” Guntera Grassa to „alegoria narastania nazizmu w Niemczech i Polsce”. Potem brak szacunku wobec tradycji śmigusa-dyngusa.

O ile protesty przeciw używaniu zwrotu „polskie obozy koncentracyjne” miały sens i przyniosły pozytywne zmiany w instrukcjach dla amerykańskich dziennikarzy, o tyle potępianie tekstu o Grassie było już trochę strzelaniem z armaty do muchy. Pisma wystosowały Kongres Polonii Amerykańskiej, Fundacja Kościuszkowska i ambasada RP w Waszyngtonie. Oburzyć powinien się raczej sam pisarz, bo dziennikarze najwyraźniej nie znali książki, zerknęli do Wikipedii, zobaczyli: nazizm, II wojna i Gdańsk, więc napisali „alegoria narastanie nazizmu w Niemczech i Polsce”. Gdańsk przeciętnemu Amerykaninowi mało mówi, Polskę jakoś tam kojarzy, a na wyjaśnianie historyczno-geograficznych zawiłości Europy w tego typu tekście nie ma miejsca. Ot, zwykłe niechlujstwo językowe, a nie spisek w celu oczernienia ojczyzny – jak wołał Greenpoint i Jackowo. Wbrew oświadczeniu KPA, w artykule nie było mowy o „polskim nazizmie”, i w ogóle nie dotyczył Polski, tylko Izraela i Grassa.



Echa skandalu jeszcze nie przebrzmiały w polonijnych mediach, a działacze już przygotowali kolejny protest przeciw znieważaniu narodu polskiego. Tym razem oburzenie wzbudził felieton Andersona Coopera z CNN o śmigusie-dyngusie świętowanym w Buffalo jako „Dyngus”. Szef Fundacji Kościuszkowskiej, Alex Storożyński potępił prezentera i wezwał rodaków, by pisali maile oraz dzwonili do CNN. Cooper opowiadał o Dyngusie w tonie ironicznym ale pogodnym. Parsknął śmiechem dopiero przy słowach „bazie wierzbowe, którymi dziewczęta biją chłopców w rewanżu za spryskanie”. Wierzba nazywa się po angielsku „pussy willow”, a pussy to hmm... no, pussy, zatem reakcja prezentera była w pewnym stopniu usprawiedliwiona. Francuzi nie protestowali, gdy dostał napadu śmiechu, opowiadając, że Gerard Depardieu oddał mocz w przejściu samolotu i niemożebnie przekręcał nazwisko aktora. Zresztą Polonusi z Buffalo wcale się nie przejęli i uznali materiał Coopera za wyśmienitą reklamę.

Polacy z Greenpointu i Jackowa wręcz przeciwnie. Mieszkańcy tych enklaw mają do Ameryki nieustanne pretensje, że nie docenia naszej wielkości, nie adoruje za wiekopomny wkład w dzieje, nie wie, że Polska to Chrystus Narodów i kudy do nas jakimś Włochom czy Francuzom. Znaczy: „makaroniarzom” i „żabojadom”, a także „angolom”, „jugolom”, „pepiczkom”, „szwabom”, „ruskim”, „kałmukom”, „żydkom”, „żółtkom”, „bambusom”, „asfaltom”.

Dlaczego krew nas zalewa, gdy Amerykanin wymienia nazwisko Maria Curie i nie dodaje Skłodowska? Czemu coś się w nas gotuje, gdy słyszymy, że Chopin (Szopen, wy jankeskie głąby!) był Francuzem, a Kopernik pochodził z rodziny niemieckiej? Dlaczego, sponad wiadra pomyj, patrzymy z wyższością na tybylców, którzy nie wiedzą kim byli Bolesław Chrobry i Adam Mickiewicz? Choć wśród krytyków polskiego charakteru narodowego utarło się przekonanie, że naszą główną wadą jest bezinteresowna zawiść, cierpimy również na chorobliwą drażliwość. Nowojorskich Polaków drażni w zasadzie wszystko, poza wyrazami szacunku: koraliki we włosach Murzynek i złote łańcuchy na szyjach Murzynów, jazgotliwa mowa Chińczyków i śpiewna mowa Rosjan. Drażni fakt, że Amerykanie nie grają w piłkę nożną tylko w „idiotyczny” football i „kretyński” baseball. U Włochów drażni bezczelność, u Hindusów akcent, a u Żydów wszystko bez wyjątku, nawet polski patriotyzm.

Najbardziej jednak drażni nas to, że Amerykanie nie doceniają wspaniałości polskiej kultury i bohaterskich tradycji, o których tak wiele uczyliśmy się w podstawówce. Zamiast podziwiać arcydzieła Kossaka czy Fałata wolą Chagalla albo Van Gogha. Nawet, kiedy wielką literaturę typu „Ogniem i mieczem” poda im się na filmowym talerzu, kręcą nosem i wytykają reżyserowi jakieś nieistotne błędy. Nie słuchają polskiego rapu, rock and rolla i bluesa. A najgorsze jest to, że nie kojarzą nas ze zwycięstwem pod Grunwaldem ani Wiktorią Wiedeńską, która uchroniła przed sturczeniem całą Europę, tylko z banalnymi, a nawet obraźliwymi pierogami. Naród, który dał światu Matejkę i Moniuszkę utożsamiany jest przez tych historycznych parweniuszy, nawet nie z bażantem po królewsku, tylko z plebejskim gnieciuchem.

Obraźliwy stereotyp rozdrażnił pewnego znanego działacza polonijnego do tego stopnia, że wyparł się pierogowego dziedzictwa i z dumą (narodową) stwierdził: „Ja tam, w Polsce pierogi jadałem dwa razy do roku. Z kapustą i grzybami na Wigilię, a w lecie, z jagodami. Nie wiem dlaczego Amerykanie kojarzą mnie z pierogiem?” Czy coś w tym guście. A z czym nas mają kojarzyć? W pierogu koncentruje się problem ogólny. Jakimi wspanialszymi osiągnięciami możemy popisać się na nowojorskim bruku? W życiu publicznym nie uczestniczymy. Kultury masowej nie współtworzymy. Polityki nie uprawiamy: burmistrzami Nowego Jorku bywali Włosi, Irlandczycy, Żydzi, Murzyni, nie było tylko burmistrza Polaka. Politycy, którzy zgodzili się na tortury w Kiejkutach, sprowadzili nas do rangi kolonii – polecam opinie na amerykańskich forach internetowych. Podróże byłej minister spraw zagranicznych RP do Waszyngtonu pozostawiają takie wrażenie jakby na dyplomatycznym przyjęciu ktoś zaczął dłubać w nosie. Chcemy, by się z nami liczono, ale nie robimy nic, by warto było się liczyć.

Pierogi zaś były, są i będą. Lata zatrą pamięć o Angelinie Jolie, Bradzie Pitcie, Lady Gadze, Newcie Gingrichu, Ricku Santorum, Marku Zuckerbergu – gwiazdach, mężach stanu, rekinach Wall Street – a popularność pierogów nie przeminie. Jest w nich coś optymistycznego, radosnego. Z wody lub podsmażone, z cebulką czy ze śmietaną, swym półkolistym jestestwem przywodzą na myśl uśmiechniętą twarz Matki Polki. Potrawy etniczne bywają przedmiotem niewybrednych żartów i paranoicznych podejrzeń. Wielkomiejskie legendy nadal przypisują Chińczykom podawanie w restauracjach psów, kotów i szczurów. Dlatego, zamiast narzekać, powinniśmy cieszyć się, że nikt nie stawia takich zarzutów pierogom. Amerykanie zajadają je z zaufaniem – w przypadku farszu mięsnego – godnym lepszej sprawy, i podobnie jak my, wcinając hot dogi, nie zastanawiają się, co weszło w ich skład.

Z czym kojarzą się nam Włochy, oprócz papieża? Z makaronem. A Francja – z Rimbaudem czy z żabimi udkami? Czechy – z Dworakiem czy knedliczkami i piwem? Ukraina – ze Skoworodem czy barszczem? Chiny – z Konfucjuszem czy dim sum? Węgry – z Bartokiem czy gulaszem? Japonia – z Basho czy sushi? Dumny jestem, że Amerykanie kojarzą nas z pierogami. Przynajmniej kojarzą nas z czymś. Takich, weźmy, Belgów czy Bułgarów nie kojarzą z niczym. A pierogi są pożywne i smakują każdemu, czego nie da się powiedzieć o narodowej potrawie Szkotów – podrobach ugotowanych w baranim żołądku. Dumny jestem z pierogów bardziej niż ze Stanisława Wyspiańskiego. Może nie bardziej niż z „Ferdydurke” i „Trans-Atlantyku”, ale na pewno bardziej niż z „Ksiąg narodu i pielgrzymstwa polskiego”. Szanuję trud kucharek, które mielą mięso, kartofle i ser, kulgają farsz, wałkują ciasto. Podziwiam wyczucie z jakim odmierzają sól, pieprz i majeranek. Sława im i chwała! Dziękuję Ci Ojczyzno za Twe pierogi! Zagniataj je dumnie, i nieś między ludy świata, by sławiły Imię Twoje.
Trwa ładowanie komentarzy...