O autorze
Od 20 lat jestem korespondentem Radia Zet w USA. Napisałem dwie książki: "Rok nie wyrok" i "Szkice glanem". Po drodze współpracowałem z kilkunastoma redakcjami, między innymi: Tygodnikiem Powszechnym, PRESS, Wprost, i najdłużej, bo 8 lat – TVN 24. Dzięki temu nie zamerykanizowałem się do cna, co mnie cieszy. Zamerykanizowałem się jednak o tyle, że potrafię patrzeć na tutejsze sprawy oczami miejscowego.

Ignorancja to siła

Amerykańskie media nie wykazały na razie większego zainteresowania wypowiedzią Obamy o „polskim obozie śmierci”. Mieszkańcy USA, którzy przeczytali nieliczne teksty na ten temat nie bardzo rozumieją z kolei oburzenie Polaków.

„Burza w szklance wody.” – napisał na stronie Huffington Post niejaki sdavidweaver. Wtóruje mu carrotandstick: „Kogo obchodzi ta zamierzchła historia.” W USA faktycznie mało kogo. Według badań przeprowadzonych jakiś czas temu na zlecenie New York Timesa i sieci telewizyjnej CBS, 40 procent mieszkańców USA zapomniało, że II wojnę światową stoczyli ich przodkowie z Niemcami, a 47 procent, że z Japończykami. Trzy czwarte nigdy by nie przypuściło, że przeciw Stanom Zjednoczonym wystąpili sympatyczni Włosi. Blisko jedna piąta sądzi, że w latach 40. wojowały USA i Rosja. Jedna siódma wyraża natomiast zaskoczenie nowiną, że Rosja w ogóle uczestniczyła w zmaganiach. Jedna trzecia podejrzewa, że Niemcy walczyły z Japonią.



46 procentom maturzystów nie mówi nic nazwisko Stalin a 44 proc. – Eisenhower. Hitler nie kojarzy się z niczym co szóstemu. Komentatorów, którzy zastanawiają się czy Amerykanie byliby skłonni ginąć za Gdańsk, powinna zaciekawić informacja, że jedna trzecia nie potrafi pokazać na mapie Europy – Wielkiej Brytanii a 34 procent – Francji. Włochy ratuje prawdopodobnie fakt, że przypominają kształtem but. Buta tego nie umie odnaleźć wśród kolorowych plam, tylko 12 procent uczniów kończących szkoły średnie.

Jednocześnie Amerykanie są święcie przekonani o własnej wyższości nad Europą, co znajduje odbicie w języku potocznym i medialnym. Opinię, że Francuzi się nie myją, podziela zarówno farmer z prowincji jak i wykształcony mieszkaniec metropolii. Samo słowo „Francuz” wywołuje ironiczny uśmieszek. W najlepszym razie to „Frenchie” – jak w filmie „Good Morning Vietnam”, w najgorszym, choć wciąż cenzuralnym: „tchórzliwa małpa”, „serożerca”, „pierdziel”. Niemiec to „kraut” czyli „kapuśniak”, Włoch – „Guido”, Brytyjczyk – „Bryt”. Inne europejskie nacje są mniej w USA znane, więc nie mają przezwisk, choć kupę śmiechu wywołuje na przykład słowo „Hungarian” – „Węgier”. Śmieszne jest to, że istnieje taki mały naród. Zabawne są również Słowacja i Słowenia, bo mają podobne nazwy, które każdemu normalnemu człowiekowi się mylą. Generalnie zaś Europejczycy to „Euroweenies” czyli „Eurosiusiaki”, „Eurosi” „Europki”, a przede wszystkim: „Eurotrash” – „Eurośmieci”.

Ponieważ amerykańskie władze i środki przekazu, od końca lat 40., z przyczyn polityczno-propagandowych, konsekwentnie określały przeciwników USA w II wojnie światowej mianem „nazistów” zamiast „Niemców”, kolejne pokolenia Amerykanów powoli przestawały kojarzyć pochodzenie owych tajemniczych zbrodniarzy. Niemcy stanowiły pierwszy bastion wolnego świata w razie radzieckiej inwazji, Polska była wrogiem mającym jedną z silniejszych armii Układu Warszawskiego. I tak niemieckie obozy koncentracyjne stały się polskimi. Nasi dyplomaci i organizacje polonijne, przede wszystkim Fundacja Kościuszkowska, zrobiły już wiele, by zmienić chorą nomenklaturę, ale jak widać wciąż za mało. Paradoksalnie szum wokół gafy Obamy może pomóc.
Trwa ładowanie komentarzy...