Lot jastrzębia

Przyjechał tu jakiś facet...
Przyjechał tu jakiś facet... Jeremy Clarkson/Twitter, Associated Press
Mitt Romney przyjeżdża do Polski, żeby pokazać, że nie jest Obamą. A kim jest? Na to pytanie ma odpowiedzieć jego wizyta.

Cztery lata temu, pod koniec lipca, Obama ruszył w wielką podróż do Europy i na Bliski Wschód. Była to strategia nowa i kontrowersyjna. Wcześniej kandydaci zakładali, że więcej mogą ugrać w Ohio czy Indianie niż zagranicą, bo o zwycięstwie decyduje polityka wewnętrzna. Obama wiedział jednak co robi. Ośmiodniowe tournee było tryumfem. Senator słuchał skarg żołnierzy w Iraku i Afganistanie, brylował na salonach Paryża i Londynu, dyskutował o konflikcie izraelsko-palestyńskim w Jerozolimie i Ammanie. Król Jordani Abdullah, po długiej rozmowie, osobiście podwiózł gościa do samolotu. Angela Merkel nie pozwoliła mu wystąpić przed Bramą Brandenburską, by nie rozdrażnić Białego Domu, ale w parku Tiergarten, pod Kolumną Zwycięstwa, wiwatowało na jego cześć 200 tysięcy berlińczyków. Zademonstrował całemu światu, że nie jest Bushem znienawidzonym przez „starą Europę” i kraje arabskie, bezczynnym wobec przemocy w Strefie Gazy, niepotrafiącym dogadać się z sojusznikami, popełniającym gafę za gafą na oficjalnych bankietach.



Teraz kandydat republikanów, Mitt Romney demonstruje, że nie jest Obamą. Skoncentrował się na trzech krajach, bo Angela Merkel nie znalazła dla niego czasu. Anglia to najbliższy sojusznik USA, a „pozostałe kraje, Izrael i Polska mają bardzo konserwatywne rządy, więc Romney może się tam czuć jak u siebie w domu.” – uważa analityk NBC, Mark Murray. Republikanin cieszy się znacznie mniejszym zaufaniem niż Obama, gdy chodzi o politykę zagraniczną, próbuje więc dowieść, że prezydent popełnił poważne błędy. Stąd spotkania z „legendą Solidarności, Lechem Wałęsą – pisze Philadelphia Inquirer – mającym lodowate stosunki z Obamą” i premierem Netanyahu, który z Obamą wprawdzie rozmawia, ale przez zaciśnięte zęby.

Jak na razie peregrynacje Romneya trudno w ogóle porównywać ze spektakularnym tryumfem Obamy sprzed czterech lat. W Londynie uznał przygotowanie Brytyjczyków do olimpiady za „deprymujące” i „niepozwalające ocenić czy wszystko sie uda”. Amerykańskie media cytowały przemówienie burmistrza Londynu do sześćdziesięciotysięcznego tłumu witającego ogień olimpijski w Hyde Parku: „Słyszałem, że jest tu jakiś facet, nazywa się Mitt Romney i nie wie czy jesteśmy gotowi.” Obama ma gotowy materiał na reklamówkę wyborczą. Komentatorzy przytaczali też słowa premiera Camerona, że „łatwiej jest zorganizować olimpiadę w pipidówie”. To aluzja do faktu, że Romney organizował zimowe igrzyska w Salt Lake City. Między innymi po to, by przypomnieć własny sukces pojechał demonstrować dyplomatyczne zdolności w czasie otwarcia letnich.

Dyrektor kampanii republikanina do spraw politycznych, Lanhee Chen mówi dyplomatycznie, że szef wybrał kraje, które mają „silne i ważne związki” z USA, „stanowią filary wolności i walki o nią w chwilach zagrożenia”. Podróż pozwoli „zademonstrować jasne i zdecydowane poparcie dla narodów wierzących w te same wartości co my i posiadających hart ducha niezbędny do obrony tych wartości w imię bardziej pokojowego świata”. Obrony przed kim? Przed Rosją, którą republikanin nazwał w marcu „geopolitycznym przeciwnikiem numer jeden” i „największym zagrożeniem” dla Ameryki. Nie wytrzymał wówczas nawet były sekretarz stanu w rządzie Busha, Colin Powell: „Mitt, daj spokój. Pomyśl. To nie tak...”

Przed wyjazdem, kandydat oskarżył prezydenta o „porzucenie sojuszników, Polski i Czech”, „zamiłowanie do dawania nauczek Izraelowi” i ujawnianie tajemnic państwowych, jak szczegóły zabójstwa Osamy bin Ladena, dla podbicia sobie wskaźników popularności. Obama porzucił Polskę i Czechy, a tymczasem wydatki na obronę trzeba zwiększać, jeśli wiek XXI ma być wiekiem amerykańskim jak chce Romney, który przywróci Stanom Zjednoczonym autorytet roztrwoniony przez prezydenta. „Świat potrzebuje silnej Ameryki, która będzie mu przewodzić.”

Ta retoryka w dużej mierze wynika z faktu, że wśród doradców kandydata od polityki zagranicznej jest aż 17 neokonserwatystów, którzy trzęśli administracją Busha, architektów wojen w Afganistanie i Iraku, między innymi John Bolton – były ambasador przy ONZ nawołujący teraz do ataku na Iran oraz Cofer Black szef osławionej firmy Blackwater USA. Ian Brzezinski, syn profesora Zbigniewa Brzezińskiego, w rządzie Busha wiceasystent sekretarza obrony do spraw Europy i NATO, zeznając w Komisji Spraw Zagranicznych Senatu, przed niedawnych szczytem NATO, stwierdził, że „Stany Zjednoczone muszą odrzucić politykę „resetu stosunków z Rosją”, „oparcia doktryny obronnej na osi azjatyckiej” i „redukcji sił zbrojnych w Europie”. Trzeba „poprawić możliwości współdziałania armii amerykańskiej z europejskimi, nie tylko na obszarze sojuszu” oraz jak najszybciej poszerzyć NATO o Macedonię, Gruzję i Czarnogórę. „Ludzie Romneya są osobiście odpowiedzialni za dwie niepopularne wojny, więc musi bardzo uważać, by nie powstało wrażenie, że szykuje drugą część znanego horroru zatytułowaną ‘Syn Busha’.” – ostrzega politolog John Hulsman.

Ci ludzie uznali, że Polska jest idealnym miejscem, by odciąć się od „nowego startu” Obamy w stosunkach rosyjsko-amerykańskich. Tyle, że rząd Tuska po Kaczyńskim przestroił naszą politykę wschodnią podobnie jak rząd Obamy po Bushu. Poza tym otwarte antagonizowanie Rosji przez prezydenta USA miałoby dla sojuszników USA w Europie Środkowo-Wschodniej opłakane skutki. Warto też przypomnieć, że większość Polaków nie chciała tarczy antyrakietowej. Administracja twierdzi, że zrezygnowała z budowania jej w naszym kraju, bo oparta była na niesprawdzonej technologii, a sprzeciw Moskwy nie odegrał żadnej roli, chodziło o interesy Waszyngtonu. Radar, który miał stanąć w Czechach, budowany jest w Katarze. Będzie działał równolegle z dwoma innymi umieszczonymi na pustyni Negev i w Turcji, umożliwiając śledzenie irańskich rakiet od momentu wystrzelenia. Wiadomo, że jeśli Iran zaatakuje, to nie NATO, tylko Izrael, więc odpalanie przeciwrakiet z Polski byłoby bez sensu. Wyrzutnia rakiet THAAD stanie prawdopodobnie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Czy propozycje wzmocnienia NATO i zwiększenia wydatków na zbrojenia oraz jastrzębie deklaracje na temat Rosji pomogą Romneyowi w domu? Likwidacja Osamy bin Ladena i wzrost liczby ataków z użyciem samolotów bezzałogowych uodporniły Obamę na zarzuty, że jest politycznym gołębiem. Według najnowszego sondażu CBS i New York Times’a, 47 procent Amerykanów uważa, że prezydent jest bardziej kompetentny w polityce zagranicznej niż jego oponent, 40 procent ma przeciwne zdanie. Romney chce zwiększyć nakłady na obronę do 4 procent budżetu czyli o 2,5 biliona dolarów w ciągu dziesięciu lat i jednocześnie ciąć podatki. To po pierwsze – sprzeczne z ustaleniami republikańskiego Kongresu w sprawie redukcji deficytu, po drugie – niezbyt wykonalne w czasach kryzysu, gdy maleją dochody państwa. po trzecie – niepopularne.

Żaden naród nie lubi, kiedy rząd wydaje jego pieniądze na zagraniczne subwencje, Amerykanie zaś mają na tym punkcie szczególnego fijoła. Żyją w przekonaniu, że Waszyngton wspomaga finansowo całą resztę świata, a nie potrafi zadbać o własnych bezrobotnych. Łatwiej ich przekonać, że dwadzieścia lat po upadku ZSRR, finansowanie armii europejskich jest rozrzutnością, niż że koniecznością. Chętniej słuchają argumentów, że „taka strategia tylko zachęca sojuszników do bierności, wyciągania ręki po jałmużnę zamiast zadbania o swoje bezpieczeństwo i posprzątania na własnym strategicznym podwórku”. – uważa Ted Galen Carpenter, wiceprezydent do spraw studiów obronnych i polityki zagranicznej think tanku Cato Institute.
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • USA
Trwa ładowanie komentarzy...