O autorze
Od 20 lat jestem korespondentem Radia Zet w USA. Napisałem dwie książki: "Rok nie wyrok" i "Szkice glanem". Po drodze współpracowałem z kilkunastoma redakcjami, między innymi: Tygodnikiem Powszechnym, PRESS, Wprost, i najdłużej, bo 8 lat – TVN 24. Dzięki temu nie zamerykanizowałem się do cna, co mnie cieszy. Zamerykanizowałem się jednak o tyle, że potrafię patrzeć na tutejsze sprawy oczami miejscowego.

Nie był super ten wtorek

Mitt Romney, choć wygrał Super Wtorek, nie może być pewny nominacji
Mitt Romney, choć wygrał Super Wtorek, nie może być pewny nominacji Fot. flickr.com/nmfbihop Lic. CC-BY
Prawyborczy superwtorek w USA nie wyłonił zdecydowanego faworyta. O prezydencką nominację republikanów nadal ubiegać się będzie czterech rywali, choć największe szanse mają Mitt Romney i Rick Santorum.

Amerykańskie prawybory podobnie jak wybory są dwustopniowe. Nie liczy się procent poparcia elektoratu, tylko liczba delegatów na partyjną konwencję. Głosów elektorskich było do wzięcia 437, żeby zaklepać sobie nominację kandydat potrzebuje 1144. Ponieważ lider wyścigu Romney miał zaledwie 203, walczył z Santorum, Newtem Gingrichem i Ronem Paulem o przetrwanie zamiast o zwycięstwo. Nawet gdyby zdobył wszystko, co możliwe, Santorum miałby jeszcze szanse go pokonać. Cztery lata temu, kiedy zamiast 10 głosowało 21 stanów, superwtorek przesądził o zwycięstwie Johna McCaina.



Długa i zażarta walka o nominację sprawiła, że co trzeci Amerykanin ma dziś gorszą opinię o Partii Republikańskiej niż w styczniu, a połowa wyborców demokratycznych jest bardziej skłonna głosować na Obamę niż była przed rozpoczęciem zmagań. Wczoraj rywale podzielili się łupami, przy czym najwięcej delegatów na konwencję, która mianuje kandydata wzięli Romney i Santorum. Gingrich wygrał jedynie w rodzinnej Georgii, ale chce walczyć dalej, bo na wycofanie się nie pozwala mu wybujała ambicja. Ron Paul z kolei chce dalej wlec się na szarym końcu, ponieważ dzięki udziałowi w wyścigu może propagować idee libertarianizmu. Najgorzej wróży rywalom fakt, że Romney zdobył tylko minimalną przewagę w Ohio – stanie odzwierciedlającym nastroje przeciętnego amerykańskiego wyborcy. Innymi słowy: Partia Republikańska nadal nie wie kogo chce wystawić.

Taka sytuacja jest oczywiście korzystna dla prezydenta. Im dłużej republikanie będą się wykrwawiać finansowo, bombardować zohydzającymi rywali reklamówkami, atakować podczas debat, tym gorzej dla tego, który ostatecznie zwycięży. Trudno mu będzie strząsnąć błoto, które przykleiło się w bratobójczej walce, choćby ze względu na jego ilość. Wszystko wskazuje, że kandydatem będzie Romney, dawny gubernator Massachusetts i multimilioner, który reprezentuje umiarkowany nurt amerykańskiej prawicy. Szykował się do tegorocznej kampanii przez cztery lata, od chwili przegrania poprzednich zmagań o nominację. Dysponuje największymi funduszami i jest ulubieńcem partyjnej wierchuszki.

Santorum to tak zwany konserwatysta społeczny. O skandalu wokół pedofilii w amerykańskim Kościele katolickim z udziałem 4392 księży i 10667 dzieci, obejmującym wszystkie stany od Alaski po Florydę, powiedział: „Księża tak jak ludzie świeccy ulegają złym wpływom, a kiedy środowisko jest chore zaraża się każdy. Dlatego nie dziwi mnie, że w centrum tej burzy znalazł się Boston – ostoja akademickiego, politycznego i kulturowego liberalizmu”. Małżeństwa gejowskie „nie są dokładnie tym samym, co spółkowanie mężczyzny z dzieckiem, mężczyzny z psem albo czym tam lubi” lecz mają równie destrukcyjny wpływ na instytucję rodziny. Podobnie jak środki antykoncepcyjne, które „stanowią licencję na czynienienie w dziedzinie seksu rzeczy przeciwnych naturze”. Ustawa Obamy zapewniająca wszystkim Amerykanom opiekę medyczną to „najgroźniejsza od wielu pokoleń inicjatywa ustawodawcza, która obrabuje Amerykę z jej duszy”. „Proaborcyjna” postawa prezydenta szokuje kandydata, bo „jak Murzyn może decydować kto jest człowiekiem a kto nie.”

Santorum nie byłby stuprocentowym ultrakonserwatystą, gdyby wierzył w globalne ocieplenie. Odrzucił bajania jajogłowych w tej mierze słowami godnymi nie tylko Busha juniora, ale wręcz Lecha Wałęsy: „Wierzę, że Ziemia się ociepla i wierzę, że się oziębia. Historia wskazuje, że to robi, a pomysł jakoby człowiek – poprzez produkcję C02, który jest gazem śladowo występującym w atmosferze, a część wyprodukowana przez człowieka jest gazem śladowo występującym w tym gazie śladowym – był jakoś odpowiedzialny za zmiany klimatu, to moim zdaniem patentowany absurd, gdy weźmiemy pod uwagę inne czynniki jak El Nino, La Nina, plamy na słońcu, i tego, wiecie, wilgotność powietrza.”

Chwilowe szczytowanie Gingricha nie przesłoniło republikanom jego barwnej przeszłości. Zmusił do rozwodu pierwszą żonę, gdy była chora na raka. Miał już wtedy romans z młodszą o dziewięć lat Marianne Ginther. Pobrali się, ale Gingrich zaczął sypiać z podwładną – młodszą o 23 lata kancelarzystką, Callistą Bisek. Najpierw zaproponował Marianne „małżeństwo otwarte” czyli trójkąt. Gdy dowiedział się, że ma stwardnienie rozsiane, zażądał kolejnego rozwodu. Melenie Griffith wspomina zaś, że w czasie zwiedzania Kapitolu, nie mogła się odczepić od szefa izby niższej. Między innymi spytał czy „chce zobaczyć jego dinozaura?”. Na biurku w gabinecie Gingricha faktycznie stała figurka T-Rexa, lecz aktorka jest pewna, że nie o tego dinozaura chodziło.
Trwa ładowanie komentarzy...