Iranem w Obamę

Pięknym za nadobne
Pięknym za nadobne Steve Bell for The Guardian
Rzecznik Białego Domu, Jay Carney zaprzecza doniesieniom, że premier Netanyahu prosił Baracka Obama o bomby do zniszczenia irańskich instalacji nuklearnych. Informację o rzekomych rozmowach podała prasa izraelska, powołując się na anonimowego przedstawiela swojego rządu.

Coraz wyraźniej widać, że cała ta gadanina o ataku na Iran to próba ingerencji Netanyahu w amerykańskie wybory. Stosunki izraelskiego ultrakonserwatysty z liberalnym demokratą zasiadającym w Białym Domu od początku układały się źle. W marcu 2010 roku, podczas wizyty wiceprezydenta Joe Bidena, izraelskie władze podjęły decyzje o rozbudowie osiedla żydowskiego we wschodniej Jerozolimie. Według ówczesnego głównego doradcy politycznego Obamy, Davida Axelroda, była to prowokacja obliczona na udaremnienie rozmów pokojowych nim się zaczęły. Netanyahu przeprosił Amerykanów, lecz przeprosiny nie zostały przyjęte. Axelrod mówił o „obrazie” i „afroncie”. Hillary Clinton o „głęboko negatywnym zwrocie w stosunkach dwustronnych”. Na co wiceprzewodniczący Knesetu odpowiadał, że mieszanie się przez sekretarz stanu do wewnętrznych spraw Izraela jest „chamstwem”. Wielu komentatorów pisało, że prezydent próbuje rozbić koalicję Likudu z ultrakonserwatywno-religijną partią Shas i zmusić premiera do stworzenia stabilnego, centrowego rządu we współpracy z progresywną, propokojową Kadimą.



Nie jest wykluczone, że teraz Netanyahu chce mu odpłacić pięknym za nadobne. Atak na Iran spowodowałby gwałtowną zwyżkę cen ropy naftowej, a co za tym idzie ogólnoświatowy kryzys gospodarczy. Nawet podsycane przez stronę izraelską pogłoski na temat możliwości zbomardowania reaktora psują szyki Obamie. Według najnowszego sondażu CBS, dla 72 procent elektoratu najważniejsza kwestia tegorocznych wyborów to ceny paliw. Benzyna, głupku!

Republikanie „jastrzębio” nastawieni do Bliskiego Wschodu i powiązani z chrześcijańskimi fundamentalistami, którzy dosłownie biorą każde słowo zapisane w Biblii, są z założenia bardziej pobłażliwi dla Izraela niż demokraci. George Bush przez osiem lat – gdy chodziło o państwo żydowskie – chował głowę w piasek. Jak napisał Jim Hoagland z Washington Post: „nie tyle dał Izraelowi zielone światło, co przewrócił słup ze światłami i machając lizakiem pokazał wolną drogę przez skrzyżowanie.” Obama stara się pozostać partnerem wiarygodnym dla Palestyńczyków. Poza tym, uważa, że rozwiązanie dwupaństwowe to jedyna recepta na przetrwanie Izraela, podobnie zresztą jak większość amerykańskich Żydów. Przeciętny Amerykanin pochodzenia żydowskiego czy Żyd mieszkający w USA ma bowiem z osadnikami oraz ich fanatycznymi opiekunami duchowymi i politycznymi tyle wspólnego, co mieszkaniec nowojorskiej Upper East Side z antyfederalistycznymi milicjami Środkowego Zachodu czy Partią Herbacianą.

Czy premier może wpłynąć na wynik wyborów? Kto wie? Twierdzi przecież, że ma zdolności nadprzyrodzone: w 1995 roku przewidział zburzenie World Trade Center, a w 1987 – epopeję chilijskich górników. W polityce nie jest ważne, co się mówi, tylko jak wypowiedź zostanie zinterpretowana. Republikańscy rywale Obamy przekonują elektorat żydowski, że będą bardziej proizraelscy, a Natanyahu to samo sugeruje. Jest politykiem, który zachowuje się jakby piosenka „Give Peace A Chance” została napisana z myślą o nim. Całą polityczną karierę oparł na mówieniu: „nie”. Storpedował porozumienia z Oslo wynegocjowane przez Icchaka Rabina. Wywołał krwawe zamieszki otwierając w roku 1996 tunel biegnący pod meczetem Al-Aksa we wschodniej Jerozolimie. Rok później zmilitaryzował Hebron należący według wcześniejszych ustaleń do Autonomii. W 2004 jako minister finansów sprzeciwił się wycofaniu Izraela ze Strefy Gazy zainicjowanemu przez premiera Ariela Sharona. Podczas pierwszej kadencji na czele rządu lansował doktrynę nie jednego, a trzech „nie”: dla wycofania się ze wzgórz Golan, debaty o przyszłości Jerozolimy i negocjacji opartych na jakichkolwiek warunkach wstępnych.

Rozmowy polityków na ogół bywają bezproduktywne, ale Amerykanie mają też słówko „counterproductive” – kontrproduktywne i do takich właśnie należą wizyty Netanyahu. Prezydent i premier rozmawiają niby ze sobą, ale pierwszy mówi do Palestyńczyków i społeczności międzynarodowej, drugi do republikańskiej większości i własnych wyborców. Wzajemnie nawet się nie słuchają. Można przypuszczać, że obopólna niechęć zaszkodzi raczej Netanyahu niż Obamie. Kiedy 16 lat temu premier usiłował porozumieć się z republikańskim Kongresem za plecami Clintona, doprowadził jedynie do otwartego konfliktu z Białym Domem, i wyborcy izraelscy woleli Ehuda Baraka. Elektorat żydowski w USA jest na wskroś demokratyczny. Na Obamę głosowało trzy i pół roku temu 77 procent, na Johna Kerry’ego – 74, na Ala Gore’a – 79. Ale Bibi lubi się powtarzać.
Trwa ładowanie komentarzy...