Nie wiedzą, co mówią?

Autoryzacja na gorąco: Orlando Bloom, Sean Penn, Jude Law, Britney Spears
Autoryzacja na gorąco: Orlando Bloom, Sean Penn, Jude Law, Britney Spears TMZ, Exposurephotos.com
Pomysł uzgadniania treści wywiadu z osobą, która go udzieliła jest dla amerykańskich dziennikarzy tak dziwaczny, że aby wyjaśnić, co w Polsce rozumie się przez „authorize for print or broadcast” trzeba operować przykładami.

„Aha, rozumiem. – stwierdziła Irene Vodar z sieci ABC. – ‘Autoryzacja’ to inaczej ‘przeżytek systemu totalitarnego’. Gdyby rozmówca chciał mi grzebać w konspekcie, po prostu zrezygnowałabym z jego wypowiedzi”. „Polscy politycy nie wiedzą, co mówią? – zdziwił się Rob Lowell, gospodarz talk-show w nowojorskiej stacji radiowej WNYU. – Dla mnie sam fakt, że facet udziela wywiadu, a potem sprawdza, co powiedział, to świetny temat na story. Od razu pociągnąłbym temat, bo ktoś taki nie powinien zajmować się polityką”. Gdy usłyszał, że w Polsce, politycy potrafią zmieniać nie tylko swoje odpowiedzi, ale nawet pytania, spoważniał: „To jest przecież ograniczanie wolności słowa. U nas zabrania takich manipulacji pierwsza poprawka do konstytucji. Urzędnik, który próbowałby ingerować w treść publikacji miałby poważne kłopoty”.

W USA, problem autoryzacji nie istnieje, po pierwsze – ze względu na historyczną tradycję swobody prasy, której działalności nie kontroluje i nie ogranicza nikt poza sądami. Po drugie, z uwagi na wysokie standardy profesjonalizmu. Młodego człowieka, który przychodzi po studiach do redakcji, nikt nie pośle od razu na obrady parlamentu. Zaczyna od historii o ukradzionych kotkach i pieskach, dopiero jak się sprawdzi, redaktor pozwala mu zająć się ukradzionymi samochodami. Potem jeździ z policjantami na patrole i relacjonuje, co się działo w mieście poprzedniej nocy. Za jakiś czas pozwalają mu już cytować policjantów. Po 10 latach, kiedy standardy staną się jego drugą naturą, może nawet zostać korespondentem przy komendzie miejskiej. A po 20 latach w Departamencie Sprawiedliwości. Ponadto, jeśli New York Times czy CNN wysyła reportera na wywiad z ministrem, to stoi za nim cały autorytet New York Timesa czy CNN. Żądanie autoryzacji byłoby równoznaczne z kwestionowaniem nie tylko profesjonalizmu dziennikarza, ale również jego pracodawcy.

„Można wyobrazić sobie sytuację, w której dziennikarz umawia się z rozmówcą, że przed publikacją, da mu do przeczytania to, co napisał. – spekuluje Dave Glass z tygodnika NY Press. – Ja czegoś takiego nie robię i z całą pewnością, nie robią tego dziennikarze żadnej innej szanującej się gazety czy medium jak New York Times, Wall Street Journal, ABC News, 20/20 i tak dalej. Czasami, po wywiadzie konsultują się z rozmówcami reporterzy mediów biznesowych, żeby potwierdzić jakieś liczby… Nie jestem telefonistką z działu obsługi klienta, tylko dziennikarzem: potrafię zrozumieć i zapisać to, co ktoś powiedział. Obowiązują mnie normy etyczne nie wspominając o prawnych. Gdybym je naruszył, byłbym skończony zawodowo. Za napisanie nieprawdy grozi proces sądowy. Poza tym, istnieją przecież zasady współżycia społecznego.”

Według prawa, dziennikarz nie ma obowiązku spisywać dosłownie, tego co usłyszał. Może dowolnie zestawiać cytaty, dokonywać korekty a nawet interpretować wypowiedzi „zgodnie z zasadami logiki”. Jeśli dojdzie do procesu o zniesławienie, które spowodowało straty materialne, ciężar dowodu spoczywa na pokrzywdzonym. Musi on wykazać, że „wypowiedzi zostały zniekształcone” (decyzja Sądu Najwyższego w sprawie Hepps przeciwko Philadelphia Newspapers Inc.). „Zredagowanie cytatu w taki sposób, że nie odzwierciedla dosłownie wypowiedzi rozmówcy nie dowodzi złej wiary, jeśli został zachowany sens.” (Sąd Najwyższy w sprawie Masson przeciwko The New York Times Magazine). Ciężar dowodu jest większy w przypadku osób publicznych. Polityk, urzędnik państwowy, celebryta, który czuje się zniesławiony musi wykazać, że „dziennikarz działał w złej wierze, choć niekoniecznie z zamiarem wyrządzenia krzywdy (…) wystarczy świadomość, że pisze się nieprawdę.” (decyzja Sądu Najwyższego w sprawie Connaughton przeciwko Harte-Hanks Communications, Inc). Odszkodowania za tak zwane „straty moralne”, osoba publiczna może żądać tylko wówczas, gdy udowodni, że „dziennikarz działał z zamierem wyrządzenia krzywdy” (decyzja Sądu Najwyższego w sprawie Fallwell przeciwko Hustler Magazine). W 37 z 50 stanów, reporterom wolno wykorzystywać nie tylko materiał nagrany za zgodą rozmówcy, ale również bez pozwolenia a nawet wiedzy, ukrytym mikrofonem czy kamerą.

Krótko mówiąc: osoba, która udzieliła wywiadu traci kontrolę nad swoimi wypowiedziami i dziennikarz może te wypowiedzi wykorzystać jak chce, jeśli tylko nie wypaczy sensu. Wyjątek stanowią informacje, które uzyskał prywatnie czyli off the record. Publikowanie takich wypowiedzi nie jest sprzeczne z prawem, ale po pierwsze byłoby chamstwem, po drugie głupotą. Skutecznie skompromitowałoby zdrajcę i bardzo długo niczego już by się od osób publicznych, nawet wrogów zdradzonego nie dowiedział. Ani off the record ani on the record. Politycy zdają sobie sprawę, że wszystko co powiedzą może być użyte przeciw nim i ważą każde słowo. Zresztą jakby nie ważyli nie byliby politykami. To znaczy amerykańskimi politykami.
Trwa ładowanie komentarzy...